10 LAT KAITO STALOWA WOLA

Właśnie mija okrągła rocznica założenia Kaito Stalowa Wola, jedyną w Polsce Akademia pod Roberto „Cyborg” Abreu. Głównym trenerem jest Paweł Kunysz medalista międzynarodowych zawodów BJJ. Zapraszamy od wywiadu z „Borisem” – Miłej Lektury !!!

Rozmowa z PAWŁEM „BORISEM” KUNYSZEM, założycielem, trenerem i zawodnikiem klubu sztuk walki Kaito Stalowa Wola, wielokrotnym medalistą mistrzostw Polski, mistrzostw Europy i Mistrzostw Świata w różnych odmianach Brazylijskiego Jiu-Jitsu.

Kaito stuknęła niedawno „dyszka”. Proszę z okazji urodzin klubu przyjąć gratulacje i powiedzieć, ale tak szczerze, z ręką na sercu: czy zakładając Kaito zakładał pan, że klub po pierwszej dekadzie działalności, będzie tak prężnie i dynamicznie rozwijającym się klubem BJJ w Polsce?

– Nie zastanawiałem się nad tym. Otworzyłem swój klub, bo chciałem realizować swoje marzenia. Chciałem w życiu robić to, co kocham. Nie byłoby jednak sukcesu, gdyby nie przyjaciele, fantastyczni ludzie, którzy dzieli ze mną moją pasję i pomagali mi.

O nich za chwilę. Proszę natomiast powiedzieć, skąd ta pana pasja do BJJ. Do dyscypliny, która dziesięć lat temu była w Polsce tak naprawdę sportem niszowym.

– Wszystko zaczęło się od ś.p. trenera Piotra Tomczaka, który przeprowadził się z Krakowa pod Nisko. Zaczął pracować w Stalowej Woli i utworzył przy Uczniowskim Klubie Sportowym Dwójka sekcję judo. Uczył samoobrony i podstaw judo. Trenowałem u niego kilka lat. Zdobyłem brązowy pas. Jeździliśmy na obozy kadry wojewódzkiej, którą prowadził. Pojawiły się pierwsze starty. Podczas sparingu na treningu, zerwałem więzadło krzyżowe. To kontuzja zastopowała mnie. Musiałem poddać się operacji, a po niej bardzo długiej rehabilitacji. Mniej więcej w tym czasie coraz częściej zaczęło się pojawiać MMA.

I właśnie wtedy zrodził się pomysł utworzenia Kaito?

– Momencik. Jeszcze nie skończyłem o judo, w zasadzie o Piotrku Tomczaku.

W takim razie proszę mówić.

– Piotr nie tylko zaraził mnie judo, ale pokierował moim życiem. Dzięki niemu, rozumiem dzisiaj, jaki wpływ na młodego człowieka może mieć trener-wychowawca. To, że nauczył mnie technik judo to jedno, ale ważniejsze w tym wszystkim było to, że pokazał mi, że można inaczej żyć. Za młodu różne robiłem głupstwa, ale on potrafił mnie od tych złych rzeczy odciągnąć. Pokierował mnie na dobrą drogę. W pewnym momencie liczyło się tylko to, żeby być coraz lepszym, coraz silniejszym, sprawniejszym. Poza judo świata nie widziałem. Do każdego treningu przykładałem się na maksa. No i w jednej niemal chwili, ze względu na tę kontuzję kolana, o której już wspomniałem, zostałem uziemiony. A na to pozwolić nie chciałem. I nie mogłem. Zarażony sztukami walki, zacząłem rozglądać się za czymś nowym. Padło na Brazylijskie Jiu-Jitsu.

Skąd się wzięła fascynacja właśnie tę dyscypliną? Przecież jest tyle innych sportów sztuk walki, wśród nich mające tradycje w Polsce: boks, karate, kick-boxing, taekwondoo…

– Była nas czwórka: ja, Marek Gozdalski, Bartek Krawczyk – który, tak jak ja, trenował judo, ale w Rzeszowie – i Kuba Kołobut. Zaczęliśmy się pasjonować nowymi sztukami walki, generalnie fight sportem. Jiu-jitsu spodobało nam się najbardziej za sprawą Royce Gracie, który imponował nam w MMA (Mixed Martial Arts – Mieszane Sztuki Walki – red.).

Czy to ten, który posiada do dzisiaj rekord jedenastu zwycięstw z rzędu przez poddanie rywala w walkach, które odbywały się w UFC (Ultimate Fighting Championship – amerykańska organizacja MMA, założona w 1993 r. Pojedynki odbywają się w ośmiokątnym ringu otoczonym siatką, zwanym oktagonem – red.) i który jest pierwszym zawodnikiem włączonym do galerii sław UFC?

– Tak, Royce Gracie to brazylijski zawodnik jiu-jitsu, który pokazał, że dużo słabszy fizycznie facet, poprzez zastosowanie odpowiednich technik jiu-jitsu, potrafi sprowadzić rywala do parteru i nie dać mu żadnych szans. Imponował nam. Tym, że można wygrywać sprawnością i myśleniem. Zacząłem szukać po Polsce, gdzie ja mógłbym uczyć się BJJ.

I gdzie pan trafił?

– Zacząłem jeździć do Lublina, do Świdnika, czasami do Rzeszowa, dwa, trzy razy w tygodniu. Wyznaję zasadę: chcesz być najlepszy, trenuj z najlepszymi i to samo przekazuje swoim zawodnikom, dlatego postanowiłem szukać czegoś w… United Kingdom.

Dlaczego w Anglii? Bo tam są najlepsze szkoły brazylijskiego jiu-jitsu?

– Jeśli chodzi o Europę, to na pewno tak. W Londynie mieszka mnóstwo Brazylijczyków i prowadzą markowe szkoły. Odkładałem każdą złotówkę, oszczędzałem na czym się da, żeby móc pojechać do Anglii. Pomógł mi mój przyjaciel, Maks Cielepak, który mieszka w Londynie. Jeździłem tam co sześć tygodni. Przez dwa trenowałem w jednej ze szkół. Było to jednak możliwe tylko i wyłącznie dzięki serdeczności państwa Cielepaków, którzy zapewniali mi dach nad głową i wikt. Zawsze będą im za to wdzięczny i zawsze będą bliscy mojemu sercu. W Anglii zdobyłem purpurowy pas. Wręczył mi go sam mistrz Eduardo Carriello. Celem był jednak dalszy rozwój.Pamiętam również że w ramach motywacji jak zacząłem trenować w swoim pokoju zawiesiłem nad głową czarny pas , którego zdobycie wydawało się praktycznie nierealne.

– „Profesorski”… Podobno zdobycie czarnego pasa w jiu-jitsu, porównywane jest do uzyskania profesorskiego tytułu na uniwersytecie.

– Dokładnie. W BJJ nie rozdają pasów na lewo i prawo, a żeby zdobyć czarny pas, trzeba naprawdę prezentować dobry poziom. BBJ nie skomercjalizowało się, jak wiele innych dyscyplin sztuk walki i mam nadzieję, że jeszcze długo to się nie stanie.

Proszę więc opowiedzieć, jak wyglądała pana droga po ten upragniony czarny pas.

– Mając już purpurę, szukałem odpowiedniego dla siebie stylu walki. W BBJ dostosowuje się styl, technikę walki pod wzrost zawodonika, jego zawodnika, ogólnie jego predyspozycje fizyczne i zdobyte już umiejętności, a także sposób poruszania się, etc. Zacząłem oglądać walki i wzorować się na pięciokrotnym mistrzu świata, Roberto „Cyborgu” Abreu. Dzisiaj mogę powiedzieć, że to mój idol, mentor, guru, ale także przyjaciel. To od niego dostałem czarny pas. Zanim jednak do tego doszło, musiałem trafić do jego szkółki w Miami. Stało się to moim największym marzeniem i celem numer jeden.

To, co zadzwonił pan do niego i zapytał: panie Robercie, czy przyjmie mnie pan w swojej akademii BJJ na Florydzie i będę mógł u pana potrenować?

– Hehe, dobre… Tak nie było. Po prostu pojechałem w ciemno do Miami, które kojarzyło mi się jedynie ze słońcem, plażą, wypoczynkiem i wakacjami, no i z filmem „Policjanci z Miami” (śmiech). Wizę dostałem bez problemów. Pewnie dlatego, że wyjeżdżałem już jako zawodnik na różne zawody sportowe. Starałem się o nią, nie po to, żeby zapieprzać na budowie, tylko po naukę. Poleciałem do Nowego Jorku. Przyjął mnie tam Daniel Banach. To kolejny człowiek, który bardzo mi pomógł i któremu serdecznie dziękuję. W NY dostałem się do szkoły kolejnego legendarnego Brazylijczyka, Marcello Garcii. To czterokrotny mistrz Świata ADCC w submission fightingu oraz pięciokrotny mistrz świata IBJJF w brazylijskim jiu-jitsu. Po czterech tygodniach treningu, poleciałem na Florydę do „Cyborga”.

Cel został osiągnięty. Pana marzenie spełniło się!

– Powoli. Wylądowałem w Miami. Po angielsku znałem dwa słowa: coca-cola i… tego drugiego nie powiem, bo wywiad mogą dzieci przeczytać. Taksówka zawiozła mnie pod akademię. Stanąłem przed jej drzwiami dumny jak paw, ale szybko okazało się, że tak różowo nie jest. Nikt się tu mną nie przejął. O, przyjechał jakiś białas z Polski, który chce trenować, ale kogo to interesowało? Większość trenujących mówiła po portugalsku. Chciałem wynająć pokój w akademii, ale nie było. Przez kilka dni błąkałem się po mieście, po hotelach, które hotelami były tylko z nazwy. Jednej nocy z noclegowni uciekłem. To była dzielnica, w której rządzili Kubańczycy. W środu nocy rozpętała się strzelanin. Ściany pokoju były z dykty. Normalnie obleciał mnie strach. Przecież ja tutaj przyjechałem trenować jiu-jitsu u wielkiego mistrza, a nie oberwać kulką w łeb. Zgarnąłem manatki i dałem nogę. Po trzech dniach miałem dość. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wracać do Polski.

To, co się takiego wydarzyło, że zmienił pan decyzje i jednak został w Miami?

– Gdybym wrócił, byłaby to największa porażka w życiu. Poświęciłem wszystko, żeby znaleźć się w akademii „Cyborga”. Zaangażowałem w to wielu ludzi i co? Miałbym się poddać? Nie, to nie było w moim zwyczaju. Znalazlem pokój, wynająłem go na miesiąc i każdego ranka meldowałem się w akademii na treningu.

Tak normalnie…? Wchodził pan na salę treningową i ćwiczył razem z innymi? Nie musiał pan wcześniej zaprezentować swoich umiejętności, przekonać trenerów, że już coś potrafi i że nie jest takim zupełnym nowicjuszem?

– Dla nich takim byłem. Kompletnie nikt mi tu nie pomagał i nie interesował się mną. Byłem jedyny biały w całym towarzystwie. Przez sześć tygodni zasuwałem jak wół. Nie oszczędzali mnie, wręcz przeciwnie. Ważyłem 100 kg i śmiali się, ze mnie. Chcieli mi za wszelkę cenę udowdnić, że taki osiłek z Polski nie ma czego tu szukać. Po sześciu tygodniach byłem bardziej zniechęcony, jak zachęcony przez nich do trenowania, ale ani przez chwilę nie dałem się złamać. Wróciłem do Polski i postanowiłem, że za kilka miesięcy tu wrócę.

I co, zdziwili się, kiedy zobaczyli pana ponownie, czy tym razem przyjęli już, jak swego?

– Nie od razu, ale powoli stawałem się jednym z nich. Widzieli, że siedzę w akademii całymi dniami. Dziwili się, że jadę tu tylko na czekoladzie, bananie i wodzie. Niczym więcej. Trenowałem trzy razy dziennie, a wieczorem szedłem na siłownię. Zaczęli mi ufać. Doceniać moje zaangażowanie i determinację. Po kilku pobytach w akademii, nasze kontakty były coraz lepsze. Dzisiaj są znakomite. Latam do Miami od sześciu lat, na 2-4 miesiące w roku.

Ale nie powiedział pan jeszcze nic o pierwszym spotkaniu z założycielem i właścicielem akademii, Roberto „Cyborgiem” Abreu.

– Po którymś razie, został wciągnięty do grupy zaawansowanej. Wtedy po raz pierwszy poczułem się jako pełnoprawny przedstawiciel fight sportu. Robert okazał się wyjątkowym człowiekiem. Dzisiaj ten facet, którego wcześniej podziwiałem jedynie w Internecie, oglądając jego walki i marząc o spotkaniu z nim i trenowaniu w jego szkole, jest moim przyjacielem. Ostatnio, jak byłem na Florydzie, zaprosił mnie do siebie do domu. Siedziałem przy jednym stole z całą jego rodziną. Podczas otwarcia naszego klubu, Robert nadał mi czarny pas. Było to dla mnie wyjątkowe wydarzenie, którego nie zapomnę do końca życia. Nagroda za ciężkie lata treningów i wyrzeczeń. Jestem pierwszym Europejczykiem, który dostąpił zaszczytu otrzymania nadania czarnego pasa przez światową ikonę brazylijskiego jiu-jitsu mistrza. Miałem zaszczyt pojechać razem z nim na seminarium do Kazachstau i Kijowa, a później spotkała mnie z jego strony jeszcze jedna miła niespodzianka. Dał się zaprosić na organizowane przez Kaito seminarium BJJ. Przyjął ode mnie zaproszenie. Przyjechał do Stalowej Woli.

Jakie wrażenie wywoził z Polski? Podobało mu się?

– Wracał akurat ze Szwecji i wpadł do nas na jeden dzień. Nie miał czasu na zwiedzanie Polski. Natomiast był zaskoczony ogromną frekwencją. W seminarium uczestniczyło sto kilkadziesiąt osób. Nie tylko z Polski, także z sąsiednich państw. Nie mógł uwierzyć, że w takim małym mieście, jak Stalowa Wola, jest tak duże zainteresowanie BJJ. Widziałem, że naprawdę zrobiło to na nim spore wrażenie.

Jak się tak słucha tej pańskiej opowieści, to – tak jak pan powiedział – mogłaby ona posłużyć na scenariusz do filmu. Myślę, że droga, którą pan przeszedł, żeby zrealizować swoje marzenia, może być drogowskazem dla każdego sportowca, który chce być lepszy i chce odnieść sukces. Na pana przykładzie widać, że aby go osiągnąć, sam talent i potencjał, mogą nie wystarczyć. Trzeba mieć jeszcze charakter wojownika.

– Myślę, że Robert Abreu obdarowując mnie czarnym pasem, nie tylko docenił moje umiejętności, ale zobaczył we mnie samego siebie. On zaczynał w Brazylii w podobnych warunkach. Musiał przejść taką samą drogę. Kiedy przyjechał do naszego klubu, który mieścił się wtedy w postspołemowskich magazynach przy torach, przy ul. Popiełuszki, i zobaczył, w jakich warunkach trenujemy, to napisał na swoim profilu „popatrzcie, jak Boris hardcorowo funkcjonuje, w jakich warunkach spartańskich pracuje, i za to należy mu się wielki szacunek. Ale ten czarny pas to także zasługa dobrych ludzi, na których trafiałem. Trudno byłoby mi samemu sfinansować sobie to latanie do Ameryki i życie tam przez kilka miesięcy w roku. Dzisiaj chciałbym podziękować tym, którzy mnie wspierali. Szczególnie panu Wojciechowi Pawłowskiemu, właścicielowi firmy „Cerkamed”, pani Joannie Majgier i Tomkowi Kogutowi. Bez waszej pomocy nie udałoby mi się spełnić mojego amerykańskiego snu. Również chłopakom z Kaito dziękuję: Wojtkowi Bełczowskiemu, Karolowi Labie, Wojtkowi Surowańcowi, Robertowi Majgierowi, Sylwkowi Millerowi, Grzegorzowi Zającowi i Kamilowi Warchałowi. Kiedy opuszczałem Stalową Wolę, oni zajmowali się klubem, prowadzili zajęcia, załatwiali tu wszystkie sprawy.

I tu stawiam kropkę, ale na tym nie kończymy rozmowy. W drugiej części skupimy się na Kaito. Na początkach klubu, jego największych sportowych sukcesach, porozmawiamy także o teraźniejszości i przyszłości klubu. Ok? –Proszę bardzo. Na wszystkie pytanie chętnie odpowiem.

Rozm. Mariusz Biel

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *