STOCKTOŃCZYKA RDZA NIE TYKA – PODSUMOWANIE DŁUGO WYCZEKIWANEGO POWROTU NATE’A DIAZA.

Emocje po UFC 241 powoli opadają. Podczas gali, doszło do długo wyczekiwanego przez wielu fanów powrotu. Po trzech latach do klatki zawitał jeden z najbardziej obecnie rozpoznawalnych zawodników MMA na świecie i chyba najbardziej rozpoznawalny zawodnik wywodzący się z BJJ – Nate Diaz (20-11).

 Przypomnijmy, Nate Diaz (20-11) ostatni raz widziany był w akcji 17 sierpnia 2016 roku, chodzi  oczywiście o głośny rewanż z Conorem McGregorem (21-4). W pierwszej walce Amerykanin zszokował świat, poddając Irlandczyka w drugiej rundzie pojedynku na gali UFC 196. Diaz przegrał późniejszy rewanż jednogłośną decyzją sędziów po 5-rundowym pojedynku, choć zdaniem wielu walka była bliska, dla niektórych wręcz wygrana, ale my z decyzjami sędziowskimi oczywiście nie mamy zamiaru dyskutować.

Do przywitania Diaza po tak długim urlopie, został wyznaczony Anthony „Showtime” Pettis (22-9), opromieniony spektakularnym nokautem, jaki zafundował Stephenowi Thompsonowi (14-4), podczas gali UFC Fight Night 148. Zawodnik swoją grę opierający przede wszystkim na kopnięciach, wszelakiej maści i na każdej wysokości. Kopnięcia, szczególnie te niskie potrafiły sprawiać w przeszłości Stocktończykowi sporo problemów, jedyna zresztą porażka przez nokaut w jego karierze, była spowodowana właśnie przez kopnięcie. Rzecz w tym, że młodszy brat Nicka Diaza (26-9) do klatki wyszedł, jakby z Conorem walczył najwyżej pół roku temu, jakby 3 letnia przerwa wręcz dodała mu pewności siebie, o ile to w ogóle możliwe. Nate robił dokładnie to, co musiał od początku walki – nieustannie nacierał, skracając dystans i nie zostawiając tym sam Showtime’owi żadnej przestrzeni, tak przecież mu niezbędnej do rzucania swoich morderczych kopnięć. Pod koniec pierwszej rundy Diaz zaliczył też obalenie, po którym udało mu się wpiąć za plecy.

Sukcesy notował również w wymianach klinczerskich przy siatce, kilka razy częstując rywala mocnym kolanem na głowę:

I o ile w drugiej rundzie Pettis miewał swoje momenty:

Tak, trzecia runda przebiegła już całkowicie pod dyktando kalifornijskiego bad boy’a, który przypieczętował swoją dominację, zarówno w stójce, jak i w parterze:

Wielu przepowiadało, że tak długi rozbrat z octagonem, będzie stanowił kluczowy argument na korzyść Anthony’ego Pettisa w starciu z młodszym ze stocktońskich braci. Mówiono, ze Pettis jest dlań dodatkowo przeciwnikiem wyjątkowo niewygodnym, bo bronią która w przeszłości sprawiała Diazowi najwięcej problemów są kopnięcia, a tych Showtime wywodzący się z taekwondo, jest przecież mistrzem. Ba, byli i tacy którzy twierdzili, że jest on zawodnikiem po prostu przeciętnym i gdyby raz „szczęśliwie” nie wygrał z pewnym irlandzkim jegomościem, to do dziś nikt by o nim nie słyszał. Wszystkim złowróżbnym, niedowiarkom, jak i tym którzy po prostu z radością patrzyliby na jego porażkę, zwycięzca piątej edycji TUFa przekazał w sobotę informację –  Jestem tu, mam się dobrze i ciągle jestem tym samym skurwielem, z którym musisz się liczyć – Bo gdy klatka się zamyka, a zegar zaczyna odliczać czas, nie masz przed sobą gościa który przyszedł wymęczyć decyzję. Masz przed sobą kogoś kto spróbuje wyrwać Ci serce – więc bądź na to gotowy.

Kto następny?

W wywiadzie po walce Nate zaprosił do tańca innego starego wyjadacza, który ostatnio miał niewątpliwą przyjemność, ostudzić nieco zapędy pewnego wyszczekanego zapaśnika, nokautując go fantastycznym kolanem podczas gali UFC 239. Mowa tu oczywiście o Jorge Masvidalu (34-13). Diaz wyraził uznanie dla ostatnich dokonań kolegi po fachu. W swoim stylu dodając przy okazji, że w tej grze zostało już tylko dwóch prawdziwych gangsterów:

O swoje pozwolił upomnieć się też, wspomniany już wyżej Conor McGregor. Irlandczyk zdaje się być nieco dotknięty brakiem wzmianki o sobie, ze strony Diaza w wywiadzie po walce. Zapewnia jednak, że urazy nie żywi i przesyła wyrazy szacunku:

Po zwycięstwie nad Pettisem, Diaz zadebiutował również w świeżo zaktualizowanym rankingu kategorii półśredniej, zajmując w nim z miejsca dość wysoką lokatę:

My jako fani sportów walki życzymy sobie, by tym razem Stocktończyk udał się na „nieco” krótszy urlop i w niedalekim czasie znowu dostarczył nam emocji, do których zdążył przyzwyczaić nas w swoich występach.

Share
shares